I TRAMP MOTOCYKLI
DKW
CZYLI
Z PUNKTU WIDZENIA
TYLNEGO SIEDZENIA
Pomysł tej wyprawy narodził
się wraz z początkiem lata 2001 i był bardzo prosty - pojeździć starymi
DKW-kami, ale nie tylko do knajpy na piwo, lecz by zobaczyć, przy okazji,
kawałek Polski i to tej „daleko od szosy”.
Do tego, że w grupie
bezpieczniej i przyjemniej, nie trzeba było nikogo przekonywać. Moje obawy,
wzbudzał jednak pomysł turystycznego użytkowania zabytkowych pojazdów, zarówno
ich kondycji, jak i kondycji tych, którzy je mieli dosiadać. Tym bardziej, że
jeździć mieliśmy również drogami, które na najdokładniejszych mapach oznaczone
są wąską, czarną kreską.
Trzy DKW-ki, zacne
staruszki, które brały udział w wędrówce,
miały razem 185 lat, a były to: DKW
SB 500, DKW NZ 350, DKW NZ 500. Pierwszej dosiadał Tomek, drugą jechał
Andrzej z Agnieszką, na trzeciej zaś pomykał mój Mirosławek i ja. Oprócz tego
całą podróż towarzyszył nam czterokołowy pojazd w średnim wieku - VW-gen Garbus
z 1973 roku, który wiózł nowożeńców - Jarka i Anię oraz nasze bagaże.
Głównym
pomysłodawcą i organizatorem wyjazdu, który ochrzciliśmy mianem TRAMP, był
Tomek. On wykonał całą czarną robotę: zaplanował trasę i miejsca, które warto
zobaczyć, wydrukował marszrutę na każdy dzień, a także zamówił noclegi oraz
posiłki w gospodarstwach agroturystycznych.
Mirek
przygotował dla wszystkich okolicznościowe koszulki, naklejki i zorganizował
zwiedzanie browaru, a ja załatwiłam pogodę u „wyższej instancji”.
Krótkie
spotkanie organizacyjne pozwoliło dograć ostatnie szczegóły, a potem już tylko
pakowanie i „z duszą na ramieniu” ruszyliśmy w Polskę zalaną letnimi
powodziami.
28 lipca
zebraliśmy się na stacji benzynowej przy zjeździe do Czerska. Świeciło słońce, było
ciepło, więc w optymistycznych nastrojach, punktualnie o 10-ej wyruszyliśmy w
drogę.
Pierwszym
przystankiem była Warka i zwiedzanie browaru, który zrobił na wszystkich
ogromne wrażenie. Dzięki uprzejmości kilku osób zobaczyliśmy, jak produkuje się
piwo od początku do końca. Oprowadzający nas kierownik produkcji, od
czterdziestu lat pracujący w browarnictwie, był kopalnią wiedzy na ten temat i
cierpliwie odpowiadał na wszystkie pytania. Wychodząc z browaru weszliśmy
jeszcze na wagę i okazało się, że razem ważymy 471kg. Oczywiście bez motocykli.
Chcąc kontynuować podróż, mogliśmy jedynie „liznąć” świeżutkiego napoju z
pianką, ale wizytę w Warce wspominaliśmy niemal codziennie, bowiem upominki,
które dostaliśmy krzepiły nas przez wiele dni.
Stamtąd przez Białobrzegi dojechaliśmy do Radomia, gdzie zrobiliśmy
sobie krótki popas, a potem jazda w kierunku Gór Świętokrzyskich. Po drodze, w
Wąchocku, zainteresowało nas Opactwo Cystersów. Krótki spacer, kilka zdjęć i w
drogę, przez Starachowice na Św. Krzyż. Mirek i ja wchodziliśmy już kiedyś na
sam szczyt, toteż chętnie zostaliśmy na dole, by odpocząć i rzucić okiem na
nasz ruchomy majątek, a reszta grupy dzielnie wdrapała się na górę.
Po
Św. Krzyżu, w planie tego dnia mieliśmy już tylko nocleg w Wojnowicach, w
gminie Iwaniska. Dojechaliśmy tam bez większych problemów, jeśli nie liczyć
kilku psów chcących popełnić samobójstwo pod kołami naszych DKW-ek. Na miejscu
czekali na nas mili gospodarze, czyste pokoje i prysznic oraz smaczna kolacja.
Była też obszerna stodoła dla pojazdów. Wszystko to bardzo nas ucieszyło, gdyż
Wojnowice miały być naszą „bazą wypadową” przez cztery dni.
Noc
wydawała nam się bardzo krótka, kiedy w niedzielę rano zostaliśmy obudzeni
kwikiem przeszło osiemdziesięciu ryjków, gulgotaniem indyków i kwakaniem
kaczek. No cóż, byliśmy przecież na wsi, a i tak nie mieliśmy czasu na
wylegiwanie się, bo czekały na nas „polskie drogi”.
Zjedliśmy
smaczne śniadanko, wyczyściliśmy motocykle i „wio koniki”. Słoneczko znów świeciło, trasa
była prosta, więc śmiało pomykaliśmy w kierunku Jeleniowskiego Parku
Krajobrazowego.
Kiedy już wjechaliśmy na
jego teren, droga zaczęła piąć się pod górę i stopniowo przechodzić w
kamienisty, przysypany ziemią szlak, a potem ziemi było coraz mniej, kamienie
wystawały coraz bardziej, aż wreszcie zaczęło to przypominać podejście na Św.
Krzyż. Tyle tylko, że tam nie wjeżdżaliśmy motocyklami. O tym, by pojechać
bokiem nie było mowy, bo po obu stronach drogi rozciągał się gęsty, podmokły
las. Kiedy zaś, zobaczyliśmy płynące w poprzek trasy strumyki, trzeba było
zastanowić się co dalej, ponieważ do szczytu wzniesienia pozostało jeszcze ze
350 metrów. Decyzja była szybka: bez pasażerek DKW-ki wjadą. Ale co z Garbusem?
Czy da radę, czy za szczytem wzgórza nie jest jeszcze gorzej? Aby to sprawdzić
na górę pojechał Andrzej i z ulgą stwierdził, że za wzniesieniem jest już
lepiej. Teraz z kolei Jarek mówi, że Garbus wjedzie. No to, w drogę! Agnieszka
i ja na piechotę, reszta na kołach. Dla naszych kierowców było to niezapomniane
przeżycie, a pojazdy spisały się świetnie. Jedynie zapach palonego sprzęgła w
VW-genie wskazywał, iż podjazd nie był wcale łatwy.
Reszta terenowej trasy przez
okolicę Jeleniowa była już znacznie lepsza, choć przejechanie jej na tylnym
siedzeniu można by nazwać męską przygodą, gdyby nie to, że ja na nim
si-ee-dzia-a-łam.
Dalszy odcinek, w kierunku
Św. Katarzyny, był już normalny, bez przygód. Kilkunastominutowy postój przy klasztorze Sióstr Bernadetek i
znów jedziemy, tym razem do Kielc.
W Kielcach zatrzymaliśmy się
na dłużej. Miasto wszystkim nam bardzo się podobało. Dużo zieleni, czysto,
pięknie odnowione stare budynki i mili ludzie. Zupełnie inaczej niż w
piosenkach Liroy`a. Przy wyjeździe z miasta zatrzymaliśmy się jeszcze przy
Kadzielni, czyli wielkiej dziurze w ziemi, która została po kamieniołomie, a
potem już prosto do jaskini Raj. 
W jaskini wcale nie było tak
„rajsko”, bo raczej zimno - 9st, ciemno i wilgotno. Woda kapała na głowę,
kałuże były pod nogami, ale było też pięknie, tajemniczo i trochę groźnie.
Ciekawie podświetlone stalaktyty i stalagmity na wszystkich robiły wrażenie,
żałowaliśmy tylko, że nie wolno było robić zdjęć.
Następny etap to Chęciny.
Andrzej i Agnieszka zostali na dole, by poprawić gaźnik w swojej 350-tce, a
reszta wspięła się na wzgórze z ruinami zamku. Po 104-ech metalowych stopniach
weszliśmy także na wieżę, z której rozciągała się, zapierająca dech w
piersiach, panorama całej okolicy. Gdzieś daleko widać było ciemne chmury i
zastanawialiśmy się, czy ich nie spotkamy.
Pora wracać już do Wojnowic.
Trasę mieliśmy dobrze zaplanowaną, ale coś nas tknęło, żeby dowiedzieć się, czy
jest przejezdna. Przeczucie nas nie zawiodło - odcinek do Morawicy, którym
mieliśmy jechać był zamknięty z powodu powodzi i wskazano nam objazd. No cóż,
trudno, nadłożymy kilka kilometrów. Jak się wkrótce okazało, nie było to takie
proste. Zaczęliśmy bowiem przejeżdżać przez mosty, które niemal muskała od dołu
woda, potem drogami, przez które przelewała się na 20-a cm. rzeka, a w końcu
stanęliśmy przed zakazem wjazdu. Dalej tędy nie pojedziemy.
Na siódmą umówiliśmy się z
naszą gospodynią na kolację, dochodziła właśnie siódma, a my mieliśmy do
Wojnowic jeszcze kawał drogi i nie bardzo wiedzieliśmy, którędy jechać dalej.
Po krótkiej naradzie zapadła decyzja - dość już eksperymentów, jedziemy do
głównej szosy i nią wracamy.
Jakby naszych kłopotów było
mało, cały czas mieliśmy przed sobą te czarne chmurzyska i w końcu stało
się -
pada. Najpierw tylko trochę, chwilami więcej, każdy ma nadzieją, że nie
będzie lało. Szkoda nam było czasu na zakładanie ubrań przeciwdeszczowych,
zresztą Tomek i tak, akurat tego dnia, zapomniał swojego kombinezonu. Teraz
jednak leje i dłużej już tak jechać nie można, a schować się nie ma gdzie.
Stajemy, żeby się ubrać, choć każdy jest już nieźle mokry. Agnieszka decyduje
się wsiąść do Garbusa, a Andrzej zakłada jej kask z szybą, bo przez gogle nic
już nie widział. Ja wyjmuję ubrania z sakwy i czuję cieknący po plecach deszcz
- no tak, mam w kurtce otwarte wywietrzniki, przez które naleciało mi wody.
Oddaję więc Tomkowi moją pelerynę i też idę do VW-gena. Ciemno, leje, wieje,
niebo przecinają błyskawice, a my w tym wszystkim. Całe szczęście, że Jarek
prowadzi, bo dużo łatwiej jechać za pilotującym samochodem w takich warunkach.
W pewnym momencie - uwaga! Na drodze leży duża gałąź! Naprawdę trzeba uważać.
Wtedy chyba wszyscy modliliśmy się o bezpieczny powrót. Na szczęście, po
kilkunastu minutach deszcz jest słabszy, a im jesteśmy bliżej Wojnowic, tym
droga bardziej sucha. Tylko Mirkowi jeszcze zaczyna szwankować przednie
światło.
Wreszcie, z dwugodzinnym
poślizgiem, dojechaliśmy na miejsce i wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, że dobrze
się to skończyło. Gorąca kolacja, smakowała nam po takich przeżyciach wybornie.
Następnego
dnia rano, w poniedziałek, znów mamy piękną pogodę. Jarek podciąga sprzęgło w
Garbusie, bo jednak trochę zużyło się na pamiętnym podjeździe. Sprawdzamy stan
naszych ubrań po atrakcjach poprzedniego wieczoru: Andrzej i Mirek mają jeszcze
mokre buty, więc decydują się jechać na sportowo - w adidasach. Oryginalnie
wygląda to w zestawieniu ze starymi DKW-kami, toteż Mirek przypina buty do
bagażnika, żeby wyschły po drodze. To również był ciekawy obrazek.
Przed wyjazdem jeszcze
czyszczenie motocykli, Mirek poprawia przełącznik świateł i w drogę. Najpierw
jedziemy do Opatowa. Miasto jest rzeczywiście bardzo ciekawe. Podobał nam się
kościół z freskami sławiącymi polskie rycerstwo oraz starymi, rzeźbionymi
ławkami. Oglądanie podziemi pod starówką zostawiamy sobie na następny dzień i
pomykamy do Ćmielowa. Niestety na darmo, bo zwiedzania zakładów porcelany nie
udało się załatwić.
Teraz do Podgrodzia nad
rzeką Kamienną. Widać tu jeszcze ślady powodzi, wiele zalanych sadów i ogrodów.
Wdrapujemy się na wzgórze z resztkami murów zamkowych i robimy sobie tam
dłuższy, kanapkowy popas.
Następnym etapem jest
Klimontów, ale po drodze okazuje się, iż Andrzej ma duże problemy z tylnym
hamulcem. Musimy zatrzymać się i z godzinę trwa naprawa, żeby, w miarę
bezpiecznie, mógł jechać dalej. Jeszcze na dodatek, Jarek źle się czuje.
Decydujemy się więc, na skrócenie trasy tego dnia. Do Klimontowa jeszcze
pojedziemy, bo mamy już blisko. I rzeczywiście, warto było zobaczyć piękną
kolegiatę z owalnymi nawami i wspaniałym, wysokim sklepieniem.
Kolejny odcinek również jest
ciekawy, bowiem przejeżdżamy głębokim wąwozem lessowym w pobliżu Konar. Jego
urok jest tak wielki, że musimy zatrzymać się i pstryknąć kilka zdjęć.
Jadąc dalej widzimy, że i tu
powódź zebrała swoje żniwo. Na drodze, co kilkanaście metrów, leżą naniesione
przez wodę łachy piachu. Pola ze zbożem są szare i wyglądają, jakby je ktoś
przyprasował ogromnym żelazkiem. Uświadamiam sobie, iż przedtem były to piękne,
falujące na wietrze, złote łany, i robi mi się smutno.
W pewnym momencie przed nami
zakaz wjazdu, czyżbyśmy i dzisiaj musieli szukać objazdu? Akurat „miejscowy”
jedzie na rowerze, pytamy więc, czy dalej da się przejechać? Dowiadujemy się,
że woda zniosła pół mostu, ale wszyscy po nim jeżdżą, bo kto by dwadzieścia
kilometrów nadkładał. No dobrze, spróbujemy i my. Rzeczywiście most wygląda,
jak ugryziony, motocykle przejeżdżają bez problemu, Garbus na styk, ale też się
mieści. Wierzyć nam się nie chce, że ta rzeczka pod mostem spowodowała takie
spustoszenia.
Jedziemy bocznymi drogami.
Taka trasa jest spokojna, bo mały tu ruch, ciekawa, bo z bliska widzimy ludzi i
ich domy. Na ogół wzbudzamy sensację, często słyszymy - „Harleje jadą!” Ale
bywa też niebezpiecznie ze względu na ...wiejskie psy. Są one oczywiście różne,
ale najwięcej jest takich o posturze skarlałego jamnika. A wszystkie uwielbiają
leżeć na drodze i rzucać się na nas. W jednym z takich spotkań pies wybiegł do
Andrzeja, a w sekundę potem był niemalże pod kołami jadącego za Andrzejem
Mirka. Tylko jego dobry refleks sprawił, że pies odbił się od wystawionej przez
Mirosława nogi, nie wpadając pod motocykl. Tym samym ocalone zostało psie
życie, a może i nasze.
Wreszcie dojeżdżamy do
Wojnowic, gdzie znów czeka na nas smaczne jedzonko. Po kolacji nasi panowie
zabierają się do pracy, bo tylny hamulec w pojeździe Andrzeja trzeba zrobić
porządnie, tak by nie sprawiał już więcej kłopotów. Kończą około drugiej w
nocy.
Wtorek,
czwarty dzień naszej włóczęgi, miał być dniem w większości przeznaczonym na pieszą
wycieczkę, ale mamy zaległości z poprzedniego dnia i zmieniamy program.
Najpierw jedziemy zobaczyć kopalnię
dolomitu.
Droga jest straszna, dziury
i garby, trudno nawet powiedzieć, że siedzę. Kiedy dojeżdżamy już na miejsce,
Andrzej nagle zatrzymuje się, coś mu się dzieje z motocyklem. Po prostu, kiedy
w nocy reperował 350-tkę zapomniał dokręcić tylne koło i teraz na dziurach
przesunęło się ono do przodu. Usterka nie jest poważna i po kilku minutach
wszystko jest O.K.
A kopalnia? No cóż, baraki,
szara hałda i wielka dziura w ziemi zalana brudną wodą, a w wodzie zatopiona do
2/3 koparka. Cisza i spokój, widać, że ciężarówka próbowała wyciągnąć koparkę,
a teraz pracuje pompa mająca osuszyć ogromną kałużę. W tym tempie, może uda się
to za tydzień. Przechodzący robotnik proponuje nam kąpiel w wyrobisku, ale nie
mamy chęci pluskać się z koparką.
Wracamy na znacznie lepszą
drogę do Opatowa, a na miejscu idziemy zwiedzać wydrążone w lessie podziemia,
które ciągną się pod dzielnicą staromiejską, aż na czterech kondygnacjach. Z
zainteresowaniem słuchamy opowieści przewodniczki i podziwiamy te fantastyczne
konstrukcje.
Następny punkt programu na
wtorek to Kurozwęki. Trafiamy tam bez problemów, a na miejscu spotykamy
sympatycznych ludzi. Motocykle zostawiamy tam, gdzie nam
wygodnie i zwiedzamy pałac
należący do rodziny Popielów. Szkoda tylko, że jest on jeszcze w remoncie, ale
to co widzimy zachęca, by za jakieś 10 lat
przyjechać tu znowu. Idziemy jeszcze zobaczyć stado bizonów pasące się na
wielkim, ogrodzonym terenie za pałacem, a potem „kanapkujemy” w cieniu drzew,
koło wspaniałego, starego platana.
Po odpoczynku ruszamy dalej
- do Ujazdu. Znów jedziemy przez małe wsie i znów, ze względu na powódź musimy
szukać objazdu. Sytuacja zaczyna robić się nerwowa, kiedy objazd wydłuża się, a
w zbiornikach pojazdów robi się coraz bardziej sucho. Jedynie DKW-ka Mirka,
najbardziej ekonomiczna, ma jeszcze trochę „picia”. W końcu i Jarek zaczyna
twierdzić, że jego Garbus jedzie już chyba tylko siłą woli, a do stacji
benzynowej jeszcze kawał drogi. Każde większe wzniesienie to pytanie - czy
zdołamy wjechać pod górę? I wreszcie - hura! Jest stacja benzynowa! Chyba
rzadko tak się ludzie cieszą, jak my wtedy na jej widok. Odcinek ten nazwaliśmy
„jazdą na oparach”. Dobrze, że było gorąco, bo oparów chyba dzięki temu zrobiło
się więcej.
Teraz już bez problemów
dojeżdżamy do zamku Krzyżtopór.
Na wszystkich robi on
ogromne wrażenie. Chodzimy wewnątrz rozległych ruin, i chodzimy, i zadziwia nas
rozmach tej budowli, wizja architekta oraz widoczny jeszcze kunszt
budowniczych. W latach świetności, musiała to być prawdziwie magnacka siedziba.
Robi się późno, czas wracać
do Wojnowic, tym bardziej, że to nasz ostatni wieczór w tym miejscu. Po kolacji
mamy jeszcze kiełbaski z grilla, a do nich „sałatkę” z Warki. Długo siedzimy w
altanie, wspominamy ciekawe przygody i rozmawiamy z gospodarzami. W końcu, czas
spać, bo następnego dnia czeka nas długa trasa, mamy opuścić Góry
Świętokrzyskie i dojechać, aż na Roztocze.
W środę dzień
jest pochmurny, co nie jest takie złe, ponieważ ostatnio słoneczka mieliśmy, aż nadto. Pierwszy
przystanek to Sandomierz. Starówka jest rzeczywiście wspaniała, czysta, pięknie
odnowiona. Podobała nam się katedra z barokowym wystrojem, a widok ze skarpy na
Wisłę, po prostu zachwyca.
Z Sandomierza tylko mała
przejażdżka i jesteśmy w Baranowie Sandomierskim.
Mamy szczęście, ponieważ jeszcze poprzedniego dnia nie wpuszczano
turystów, ze względu na podtopienie całego terenu przez powódź. Dzięki
uprzejmości panów z portierni zostawiamy motocykle w bezpiecznym miejscu i
spokojnie zwiedzamy zamek. Nie na darmo nazywany jest on „małym Wawelem”.
Szczególny urok ma arkadowy dziedziniec z dwoma kondygnacjami krużganków i
widok na ogród. Jeszcze krótki posiłek i możemy jechać dalej, w kierunku na
Stalową Wolę, Nisko i Biłgoraj.
Niebo zasnuwają ciemne
chmury i kiedy tylko zaczyna kropić, nauczeni już doświadczeniem z przed kilku
dni, zaraz zatrzymujemy się i wyciągamy ubrania przeciwdeszczowe. Pośmieliśmy
się trochę z Tomka, bo wyglądał w swoim kombinezonie niemal, jak Arnold S. i w
drogę. Ale chmury chyba się nas, tak ubranych, wystraszyły, bo po kilku
minutach lekkiego deszczyku, przestało padać, a po kilku następnych wyjrzało
słońce i zrobiło się gorąco. No cóż, teraz z kolei trzeba się rozebrać. Było to
akurat między jednym lasem a drugim, w małej wsi, toteż mieliśmy niezłą
widownię przy płotach.
Dojechaliśmy do Biłgoraju -
musieliśmy odpocząć i coś zjeść, gdyż długa jazda przez las zaostrzyła nam
apetyty, a Andrzej chciał sprawdzić dlaczego zostało mu w ręku lusterko, kiedy
poprawiał jego ustawienie.
Wszyscy myśleliśmy, że
Biłgoraj to spokojne miejsce, ale zmieniliśmy zdanie widząc grupę młodzieży
hałaśliwie objeżdżającą miasto luksusowymi samochodami i „przecinakami”, która
obrzucała nas i nasze DKW-ki niezbyt ciepłymi spojrzeniami. Zanim dokładniej
się nami zainteresowano ruszyliśmy w dalszą podróż. Teraz już kierunek -
Krasnobród.
Trasa była bardzo przyjemna,
bo znowu tylko las, od czasu do czasu kilka domów. Natomiast jakość nawierzchni
pozostawiała sporo do życzenia. Całe szczęście, wieczorem ruch był tak mały, iż
mogliśmy spokojnie wybierać sobie mniej dziurawą stronę szosy. Oznaczenie dróg
również dostarczało nam wielu radości. Kilka razy byliśmy w sytuacji, gdy szosa
rozwidlała się na prawo i na lewo, a drogowskazu nie było żadnego. Nic więc
dziwnego, że ilość przejechanych kilometrów była znacznie większa od
zaplanowanych.
Zgodnie z umową, około
19-stej zameldowaliśmy się w Krasnobrodzie. Ku naszemu ździwieniu okazało się,
że jest to typowe letnisko z plażą i niewielkim zalewem pośrodku. A jak lato i
woda, to i tłumy ludzi, szczególnie młodzieży raczej mniej niż więcej
pełnoletniej, sezonowe bary pod namiotami, karuzela i Britney Spears „niosąca
się” po wodzie.
Nasza nowa kwatera,
niestety, nie była taka, jak nam obiecywano. Zamiast trzech pokoi - dwa, w
standardzie z lat siedemdziesiątych. Oprócz nas do łazienki jeszcze drugie tyle
ludzi, a obiadokolacja z mikrofalówki. No cóż, nie wszędzie jest, jak w
Wojnowicach, ale dwie noce jakoś wytrzymamy. Dobrze, iż jest stodoła, do której
możemy wstawić motocykle, a nasz gospodarz, starszy pan, chętnie rozmawia nie
tylko ze swoim psem Szarikiem, ale i z
„najezdnymi”, czyli z nami.
Było już ciemno, kiedy
wybraliśmy się jeszcze na spacer wokół zalewu, a potem już tylko spać, bo
wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni.
Czwartek był
szóstym dniem naszego TRAMPA, trochę luźniejszym, niż poprzedni. Główną atrakcją
tego dnia miał być Zamość, toteż chcieliśmy mieć sporo czasu na jego zwiedzanie
i nie martwić się o ruchomy majątek. Pytaliśmy więc o strzeżone parkingi
niedaleko starówki. Okazało się, że w większości są one, owszem płatne, ale
niestrzeżone. Wreszcie skierowano nas w rzeczywiście dobre miejsce, ogrodzone,
z dala od ulicy, gdzie mogliśmy spokojnie rozstać się na kilka godzin z pojazdami.
Spacerkiem przez park
przeszliśmy na starówkę, o której tyle słyszeliśmy i nie zawiedliśmy się. Rynek
Wielki wygląda bardzo ładnie, a kamieniczki z podcieniami zachęcają do spacerów
nawet w upalny dzień. Ratusz, ze wspaniałymi schodami był świetnym miejscem do
robienia zdjęć oraz podziwiania Rynku. Piękna i warta zobaczenia jest również
katedra ze starą kryptą grobową Zamojskich. Ania i Jarek wdrapali się nawet na
kościelną dzwonnicę, by popatrzeć na miasto z góry.
Zwiedzając Zamość Andrzej
kupił, za całe sześć złotych, nowe lusterko do swojego motocykla. Po paru
minutach Mirek przekonał go, iż z dwoma jeździ się bezpieczniej niż z jednym,
więc Andrzej poszedł do sklepu jeszcze raz. Kiedy wrócił okazało się, że to
drugie lusterko jest mniejsze od pierwszego, toteż poszedł po raz trzeci, by je
wymienić. Więcej „razów” nie było, ale sprzedawca miał chyba nadzieję, że
klient jeszcze wróci - po następne lusterko, oczywiście.
Drogę powrotną do
Krasnobrodu mieliśmy urozmaiconą, bo jechaliśmy przez Szczebrzeszyn i
Zwierzyniec. A za Zwierzyńcem, w lesie, nad jeziorem zrobiliśmy sobie mały
piknik. Choć trasa tego dnia nie była długa, to wszyscy byliśmy zmęczeni
spacerem po gorącym mieście i chętnie odpoczywaliśmy w cieniu. Zaciekawiony
motocyklami, podszedł do nas człowiek, jak się okazało - Francuz o typowo
polskim nazwisku. Wraz z rodziną i przyjaciółmi zwiedzał kraj ojca, a że sam ma
kilka motocykli, więc nasze pojazdy bardzo go zaciekawiły. Tym bardziej, iż
spotykał u nas tylko nowoczesne jednoślady, a jego marzeniem jest mieć choć
jeden motocykl spośród produkowanych kiedyś w Polsce. Ciepłe pożegnanie stało
się niemalże gorące, gdy dostaliśmy zaproszenie do odwiedzenia go na południu
Francji.
Następnego
dnia, w piątek, znów pakowanie wszystkich bagaży do samochodu Jarka i w drogę. Najpierw, tylko kawałeczek
od Krasnobrodu, do pięknego, drewnianego młyna wodnego. Wpadł nam w oko już
wcześniej i zrobiliśmy sobie przy nim sesję zdjęciową. Żałowaliśmy, że akurat
był nieczynny i do środka można było zajrzeć jedynie przez okna.
Potem znów kilka kilometrów
i zwiedzanie starej, wiejskiej zagrody w Guciowie. W chacie, oprócz zabytkowych
mebli, mieściła się ciekawa wystawa okolicznych minerałów oraz skamielin.
W całym obejściu zaś, było
wiele autentycznych przedmiotów codziennego użytku spotykanych dawniej na wsi.
Podobało nam się również to, że wszystkiego można było dotknąć i wypróbować,
nawet instrumentów muzycznych i „sławojki”, która jako jedyna miała współczesne
wyposażenie.
Teraz czekała nas dłuższa
trasa, ponieważ jechaliśmy aż do Lublina i to oczywiście bocznymi drogami. Była
jednak okazja, by przekonać się, iż boczne nie muszą zawsze znaczyć wąskie i
marnej jakości. Otóż jadąc w kierunku Szczebrzeszyna, z innej niż poprzednio
stronny, mieliśmy przed sobą zwykłą drogę do jakiej już przywykliśmy. Było
sporo zakrętów i długi podjazd na wzniesienie, gdy za kolejnym zakrętem -
niesamowity widok: szeroka, kilkupasmowa trasa o równej, jak stół nawierzchni,
świetnie wyprofilowanych zakrętach i eleganckich poboczach. Ta „superszosa”, na
przestrzeni kilku kilometrów, wiła się serpentynami przez szczyty wzgórz i
sprowadziła nas na dół do drogi „normalnej” jakości. Kiedy skończył się ten
odcinek wszyscy mieliśmy ochotę wrócić tam i przejechać nim się raz jeszcze.
Poznawanie Lublina
zaczęliśmy od szukania strzeżonego parkingu. Pomogli nam w tym policjanci,
którzy pokierowali nas w miejsce, jakiego było nam trzeba. Na zwiedzanie miasta
mieliśmy sporo czasu, ale i tak za mało, by dokładniej mu się przyjrzeć.
Podobał nam się śródmiejski deptak z licznymi, kawiarnianymi ogródkami i
katedra. Ciekawa jest starówka, choć
szkoda, że jeszcze tak wiele jest tam czekających na odnowienie budynków.
Natomiast trochę zbladły nam uśmiechy, gdy policjant ostrzegł Jarka, że
niesiony na ramieniu aparat fotograficzny bywa tu łatwym łupem dla złodziei.
Cóż, samo życie.
Wyjeżdżając z Lublina często
pytaliśmy o drogę i dzięki temu szybko, bez problemów i błądzenia po rozległym
mieście udało nam się wjechać na trasę w kierunku Nałęczowa. Było już późne
popołudnie, więc czas najwyższy, by znaleźć nasz ostatni nocleg. Okazało się,
że droga była całkiem dobra, do Wojciechowa też łatwo trafiliśmy. Najtrudniej
było znaleźć dom, w którym mieliśmy zarezerwowane pokoje. Zupełnie sprzeczne
informacje napotkanych osób dały nam możliwość kilkukrotnego przejechania się
po tej, wyjątkowo czystej i zadbanej, miejscowości. Były już nawet podejrzenia,
że numer, którego nie możemy znaleźć jest na, mijanym kilka razy, cmentarzu. W
końcu jednak - znaleźliśmy.
Chyba w nagrodę za trud
szukania zastaliśmy na miejscu super warunki: czyste i świetnie umeblowane
pokoje, wspaniałą łazienkę i ekstra kolację. Kwiaty wokół domu, garaż dla
motocykli - czy można chcieć czegoś
więcej? Można. PIWA. Skończyła się „sałatka” z Warki, a ponieważ był to
nasz ostatni wspólny wieczór, więc po kolacji postanowiliśmy jakoś go uczcić.
Trochę obawialiśmy się, jak w pobliskiej knajpce potraktują nas miejscowi
bywalcy, ale gospodyni uspakajała, że jeszcze nigdy się w niej nic złego nie
zdarzyło. I rzeczywiście było tam miło, a i miejsce okazało się ciekawe, bo
knajpka mieściła się w dawnej wieży ariańskiej.
Po świetnie
przespanej nocy, czekało na nas
„królewskie” śniadanie. Naprawdę żałowaliśmy, że nie możemy tu zostać
dłużej, ale przed nami było jeszcze sporo kilometrów i musieliśmy w końcu
wracać do domu.
Pierwszym etapem tego dnia
był, oddalony o kilka kilometrów, Nałęczów. Z bezpiecznym parkingiem nie było
żadnego problemu, więc spokojnie wybraliśmy się na spacer po parku i do
palmiarni. Ogromne, stare palmy zachwycały swoją urodą, a źródlana woda
smakowała nam wyśmienicie w ten upalny dzień. Zrobiliśmy oczywiście kilka
pamiątkowych zdjęć, zarówno wśród tropikalnej roślinności, jak i w otoczeniu ogrodowych kwiatów.
Następnym naszym celem był
Kazimierz Dolny. Droga była malownicza, z pięknymi widokami i krótkim objazdem,
znów ze względu na powódź. A samo miasto? Urocze, stare kamieniczki, zadbane
domki przyczepione do stoków wzgórz, jarmark staroci, sklepiki z pamiątkami,
restauracje i kawiarenki, i pełno ludzi, i strasznie gorąco. Pochodziliśmy po
mieście, potem zwiedziliśmy
klasztor franciszkanów i nie
mieliśmy już siły na nic więcej. Najlepszym pomysłem było iść na naleśniki,
które polecał Andrzej. Siedzieliśmy więc w przyjemnym chłodnym wnętrzu, a przed
nami stały ogromne, przepyszne naleśniki z różnymi dodatkami. Najtrudniej, z
długiej listy propozycji, było wybrać Mirkowi, więc poprosił o niespodziankę.
Okazała się ona tak sycąca, że przerosła jego możliwości.
Najedzeni i wypoczęci
mogliśmy jechać dalej, przez Puławy, a potem drogą wzdłuż prawego brzegu Wisły.
Jeszcze tylko krótki postój w okolicy Maciejowic i na koniec Tomkowi psuje się
„kopniak”. Dobrze, że metoda „na pych” jest skuteczna. Teraz już prosto, w
kierunku Warszawy.
Był sobotni wieczór, 4
sierpnia, ósmy dzień naszych peregrynacji.
I TRAMP DKW zakończył się na stacji benzynowej w
Piotrowicach.
Jaki był ten wyjazd? Na
pewno bardzo udany, ciekawy i niecodzienny. Według licznika Mirka DKW-ki,
przejechaliśmy ponad 1400km. Pojazdy spisały się bardzo dobrze, jeźdźcy
wytrzymali trudy podróży, więc turystyczne wykorzystanie sędziwych jednośladów
jest możliwe. Wszędzie spotykaliśmy miłych, życzliwych ludzi, często bardzo
zainteresowanych starymi motocyklami i nasza wyprawą, Pogoda nam dopisała,
humory również, więc dobrze nam się razem jeździło. Po tych ośmiu, wspólnie
spędzonych, dniach mamy wiele wrażeń, a co najważniejsze - głównie dobrych.
Wszyscy także
mamy nadzieję, że jak nazwa wskazuje, był to dopiero - PIERWSZY TRAMP
MOTOCYKLI DKW.
MIRABELKA
Warszawa 2001